Nie przepadam za mięsem. Nie wynika to z jakiejś skomplikowanej ideologii, nic z tych rzeczy, po prostu nigdy nie byłam stuprocentowym mięsożercą i nigdy nie będę, właściwie mogłabym doskonale obejść się bez mięsa, aczkolwiek jak już wspomniałam, nie jest to podyktowane moimi przekonaniami, a raczej kulinarnymi upodobaniami. Powinnam więc zatem napisać, że nie tyle co nie przepadam za mięsem, a nie lubię mięs tłustych czy żylastych. Jestem takim zdechlakiem, jak to nazwał mnie pewien kucharz w jednym z lokali, że wzdrygam się na samą myśl o tym, że mogłabym podczas jedzenia natrafić na jakiś tłuszcz, jakąś żyłkę, a nie daj Boże chrząstkę czy kostkę. Nienawidzę tego uczucia specyficznej gumowatości pod zębami, po prostu automatycznie robi mi się niedobrze. Niektórzy z Was zapewne nie wiedzą, o co mi chodzi i zastanawiają się, o czym też ta Jaspis pisze? Lecz właśnie tak sprawy się mają i jestem tym nieszczęsnym zdechlakiem, który mięso zje, ale tylko to absolutnie chude i sprawdzone, by przypadkiem gdzieś po drodze nie natrafić na jakąś żyłkę czy inną, niechcianą niespodziankę.
![]() |
| Źródło: google.com - grafika |
